Bose przyjmuje od 28 września 2026 roku zamówienia na douszne słuchawki na kabel, które wyciszają hałas otoczenia, a nie mają żadnej baterii. Kosztują 99 dolarów i działają po wpięciu w port USB-C telefonu, tabletu albo laptopa. Z tego samego gniazda biorą prąd.
Wyciszanie, które producenci nazywają aktywną redukcją szumów, działa tak: mikrofony w słuchawkach cały czas nasłuchują otoczenia, a elektronika na bieżąco przygasza to, co wychwyciły. To wymaga zasilania, dlatego w słuchawkach na kabel ta funkcja trafiała się rzadko. Bose robił już takie słuchawki. Model QuietComfort 20 z 2013 roku miał na przewodzie osobny moduł z akumulatorem, który trzeba było ładować. Złącze USB-C przenosi i dźwięk, i prąd, więc w nowym modelu ten moduł zniknął.
Firma tłumaczy powrót do kabla modą, choć w komunikacie prasowym nie podpiera tej tezy żadnymi danymi. „Przewodowe słuchawki douszne przeżywają kulturowy renesans, a kiedy zdecydowaliśmy się je przywrócić, wiedzieliśmy, że musimy uczynić je jeszcze lepszymi niż wcześniej” – mówi Raza Haider, prezes działu Premium Consumer Audio w Bose.
Słuchawek nie ładujesz, za to telefon pracuje za dwoje
To największa zaleta nowego modelu i jednocześnie jego haczyk. Nie ma parowania, aplikacji ani pilnowania, czy słuchawki są naładowane. Wpinasz wtyk i muzyka gra. Bose zapewnia, że z portu zasilana jest również redukcja szumów, więc energię na nią oddaje telefon.
Ile jej zużywa, tego firma nie podaje ani w komunikacie, ani na stronie produktu. Sama przyznaje jednak w instrukcji obsługi, że tryb z wyłączonym wyciszaniem pozwala oszczędzać baterię podłączonego urządzenia, i radzi odpinać słuchawki, kiedy z nich nie korzystasz. W długiej podróży widać to od razu. Film oglądasz z telefonu, który przy okazji zasila wyciszanie, a port USB-C, przez który zwykle go ładujesz, zajmuje wtyk słuchawek.
Z tego samego powodu nie podłączysz ich przez przejściówkę do klasycznego gniazda słuchawkowego. Bose pisze wprost, że adaptery bez USB nie zadziałają, bo słuchawki nie dostałyby przez nie zasilania. To uczciwa zamiana, ale nie darmowa.

Tryb przełączysz jednym przyciskiem na kablu
Na przewodzie wisi pilot z trzema fizycznymi przyciskami: dwoma do głośności i środkowym do odtwarzania oraz rozmów. Przytrzymanie środkowego zmienia tryb, a głos w słuchawkach podaje jego nazwę. Do wyboru jest pełne wyciszenie, tryb przepuszczający dźwięki z otoczenia, gdy chcesz usłyszeć komunikat na peronie, i zwykłe słuchanie bez redukcji szumów. Hałasu pilnują cztery mikrofony, po dwa w każdej słuchawce. Do rozmów służy osobny mikrofon z tyłu pilota, więc według producenta nie trzeba go podnosić do ust.
Wyciszanie od Bose kosztuje tu trzy razy mniej niż we flagowcu
W amerykańskim sklepie Bose bezprzewodowe QuietComfort Earbuds kosztują 179 dolarów, a flagowe QuietComfort Ultra Earbuds drugiej generacji 299 dolarów. Zestawienie na stronie producenta od razu pokazuje, czego w tańszym modelu brakuje: aplikacji, sterowania głosem, połączenia z dwoma urządzeniami naraz i dźwięku przestrzennego.
O dźwięku Bose mówi za to dużo. Obiecuje obsługę muzyki bezstratnej, czyli nagrań zapisanych bez kompresji, która obcina część szczegółów. Chwali się też minimalnym opóźnieniem, ważnym w grach i przy filmach. Słuchawki mają współpracować z większością telefonów, tabletów i komputerów z USB-C, łącznie z nowszymi iPhone’ami. Są odporne na pot i zachlapania, a w pudełku leży etui na zamek, trzy rozmiary nakładek i dwa rozmiary skrzydełek stabilizujących. Kabel ma niecałe 1,3 metra.
Do Polski słuchawki na razie nie mają daty
Wysyłka rusza 15 października. Zamówić mogą na razie tylko członkowie programu lojalnościowego My Bose, w amerykańskim sklepie firmy i w sieci Best Buy. Do wyboru jest wersja czarna i biała, a do tego limitowana miętowa. Instrukcja obsługi zawiera już deklarację zgodności z unijnymi dyrektywami i wskazuje importera w Holandii, ale ceny ani terminu dla Europy Bose nie podał.
Pomysł jest prosty i trafiony: słuchawki z wyciszaniem, o których ładowaniu nie trzeba pamiętać, za cenę niższą niż u bezprzewodowych modeli Bose. Przy słuchaniu z telefonu bateria jednak nie zniknęła. Przeniosła się tylko do kieszeni.





